18. Wybryki wyobraźni

    To był dobry tydzień. Jestem co prawda zmęczony, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Mam za sobą kilka intensywnych dni, a właściwie wieczorów, bo jak się okazuje, to właśnie późnymi popołudniami pizzeria cieszy się największym zainteresowaniem. W pierwszym dniu czułem się jak dziecko we mgle. Niby prosta robota, każdy praktycznie może to robić, tymczasem zdążyłem pomylić zamówienia, zapomnieć terminala, zgubić sosy i  narazić się szefowi, bo zaparkowałem na jego miejscu. No ale skąd miałem wiedzieć, że skoro jest wolne, to zajęte?
 Poniedziałek, czyli moją nową niedzielę, spędzam na samych przyjemnościach. Oznacza to mniej więcej tyle, że nic nie robię. Chętnie wpadłbym znów na tę szaloną sąsiadeczkę z Chrupkiem. Nie, z Hrabkiem.   Ten zarośnięty kurczak nosi dumne imię Hrabia, dla przyjaciół Hrabek. Nie wiem, czy istnieje na świecie istota z gorzej dobranym imieniem. W dodatku ten nieokrzesany „hrabia” z hrabiowskimi manierami nie ma nic wspólnego. Serio, już lepiej, żeby nazywał się Chrupek. Za to zaczynam chyba lubić jego panią – Monikę. Może zaproponowałbym jej małą lekcję, jak zajmować się psem? Czuję, że po szkoleniu u pani Kasi – behawiorystki jestem niemal ekspertem w psiej dziedzinie.
Obraz abstrakcja dom Grzegorza

    Tymczasem Grzesiek wyzdrowiał, skończył kwarantannę po chorobie i dziś w południe zaprosił mnie do siebie. To bardzo dziwne uczucie, gdy poznajesz człowieka tylko głosowo, jakoś go sobie wyobrażasz, a po kilku tygodniach nagle patrzysz na niego i stwierdzasz, że jest zupełnie niepodobny do siebie. Sprzeczne z wyobrażeniem okazało się również wnętrze mieszkania. Nowoczesna, jasna przestrzeń ogromnego salonu zaskoczyła mnie kompletnie. Nie wiedziałem, że w tym pionie są tak duże lokale. Przestronny, jasny pokój wielkości całego mojego mieszkanka – no może przesadzam, ale prawie – błyszczy czystością i elegancją. Siedziałem na rozkosznie miękkiej, skórzanej kanapie i patrzyłem na niezwykły, ogromny obraz przedstawiający jakąś abstrakcję, idealnie współgrający z wnętrzem, jakby podkreślał jego spokojną klasę poprzez kontrast rozmachu koloru. Jakby namalowany specjalnie dla niego albo odwrotnie – salon dopasowano stylem do dzieła. Poczułem potrzebę docenienia sztuki i oczywiście palnąłem coś o tajemniczej wymowie obrazu, jego szalonej ekspresji, co Grzesiek uciął, mówiąc, że to wizja kompletna, w której wszystko jest starannie wyważone i przemyślane. To idealna równowaga – jakoś tak to określił. Chyba przez moment był urażony, ale zaraz się rozchmurzył, więc mogło mi się wydawać. 
To zabawne, jak łatwo wyobraziłem sobie wcześniej tego człowieka i jego otoczenie, tylko na podstawie drzwi. Cały czas myślałem, że za nimi kryje się zagracone, ciemnawe i ciasne wnętrze oprawione w przykurzoną boazerię oraz wzorzystą tapetę z meblościanką, wersalką, ceratą na stole i zwalistym sprzętem audio Grundiga. Pośrodku zaś stoi przygarbiony właściciel w okularach z rogowymi oprawkami i rozciągniętym swetrze w romby. Nawet imię jego psa jakoś bardziej pasowało do tamtego wyobrażenia. Kiedyś przy piwie opowiem Grześkowi, jaki wizerunek jego i jego domu uroiłem sobie wcześniej. Teraz nie mam śmiałości, chyba wciąż jestem zbyt zaskoczony. Inna sprawa, że w zasadzie słabo się znamy i nie wiem, czy zwyczajnie się nie obrazi. Jest eleganckim, nawet w domu dobrze ubranym facetem, który najwyraźniej dba o formę i wygląd. Nie umiem się jednak oprzeć ciekawości i w końcu pytam o tę nieszczęsną wizytówkę na drzwiach.
– Masz rację, teraz już nikt nie przedstawia się na drzwiach. To ma swoją historię i w zasadzie ten Grzegorz Rurzycki złotymi literami, to nie ja – zerka na mnie nieco rozbawiony – Moi rodzice sprowadzili się tutaj razem z dziadkiem, gdy tylko zbudowano osiedle. Jako że to on „wychodził” ten przydział i „załatwił” dzięki rozlicznym znajomościom, jego imię powieszono na drzwiach. Był oficjalnie właścicielem lokalu, więc jemu należał się ten zaszczyt. Po latach, gdy dziadek zmarł i wizytówki tego typu zaczęły wychodzić z mody, ojciec chciał ją zdjąć, lecz matka się nie zgodziła, co było w zasadzie paradoksem. Z początku ponoć nawet nie chciała jej zakładać, a przecież wszyscy niemal obowiązkowo to robili. Po ślubie nie przejęła nazwiska męża. Całe życie twierdziła, że z dwoma bykami w nazwisku polonistce chodzić nie wypada. Uczyła w pobliskiej podstawówce. Jednak potem, gdy dziadek zmarł i czasy mocno się zmieniły, kazała zostawić ten osobliwy identyfikator, jako pamiątkę, chociaż wówczas ludzie raczej je zdejmowali, pozostawiając co najwyżej numer mieszkania. W efekcie po latach, gdy i rodziców pochowałem, ożeniłem się, nadal tu mieszkam z rodziną, wszystko w domu kilka razy przeszło remont i jest zupełnie inaczej niż kiedyś, drzwi tkwią wciąż te same. Są jak pomost między wczoraj a dziś.
– Piękna historia – podsumowałem, zaskoczony nieco tą opowieścią – Rzeczywiście nazwisko masz oryginalne – już chciałem zapytać o żonę, ale mnie uprzedził.
– Tak, mnóstwo z nim kłopotu, ale moja żona nie narzeka. Pracuje w angielskiej firmie, więc przynajmniej brak „ó” tylko ułatwia jej życie.
Nim wróciłem na swoje piętro, zjechałem jeszcze windą na dół do skrzynki na listy. Widziałem rano przez szparę, że coś tam jest, ale jak zwykle nie miałem kluczyka. Nowa stawka za mieszkanie od stycznia, plik reklam i wezwanie do komendy na piątek o 14-ej. Będę w pracy o tej porze, zdecydowałem więc zadzwonić i przełożyć. 
– Dzień dobry, Leopold Fikcyjny, ja w sprawie wezwania – już po drugim sygnale aspirant sztabowa Irena Dworna, czyli dokładnie ta sama, która podpisała się pod listem do mnie, przedstawiła się, odebrawszy telefon. Kto by pomyślał, że oni tacy zorganizowani. Rozmowa trwała może trzy minuty. Sztabowa bez problemu przesunęła mi spotkanie na siódmą rano w poniedziałek. Konkretna babka.
Cholera, taki jestem zaskoczony, że zapomniałem o swoim wolnym dniu i zgodziłem się natychmiast. To oznacza, że będę musiał wstać przed szóstą ze względu na psy. Swoją drogą ciekawe, czy ta sztabowa to ta sama policjantka, co wtedy? Głos wydawał się podobny. Nie wiem dlaczego, jakoś podnosi mnie to na duchu i gotów jestem pogodzić się z wcześniejszym wstaniem w wolny dzień. Ciekawe co z tą denatką. Męczy mnie ciągle wspomnienie blizny. Była identyczna z tą ze snu i w sumie nie ma się co dziwić, w końcu byłem w lekkim szoku po tym zdarzeniu i mogły śnić mi się przeróżne bzdury, jednak jestem pewien, że coś jest nie tak, gdzieś widziałem już ten kształt, taką samą skazę, jednocześnie na sto procent nie widziałem nigdy wcześniej tej kobiety. No dobra, na  dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Myślę, że mam pamięć do twarzy i jeśli, kogoś raz poznam, może zapomnę, kim jest, ale przy ponownym spotkaniu raczej zorientuję się, że nie po raz pierwszy go widzę. Blizna jest mi znajoma, właścicielka nie. I co ja mam z tym zrobić? Powiedzieć o tym policji? Rozsądek nakazuje nie mieszać się o tyle o ile to tylko możliwe.
Tylko dlaczego bliznę we śnie nosiła Blanka? Nie chcę wracać do wspomnień, ale wracam...  


   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...