17. Harce Hrabka

Jestem spocony jak szczur, ale jestem. Teraz już chyba naprawdę. Tola, Urwis i Fusia stoją na środku pokoju, jakby nie wiedziały, czy już uciekać, czy jeszcze dać mi szansę. Na ich twarzach, to znaczy na pyskach (oczywiście) widać wyraźnie zaniepokojenie, poruszenie, coś, jakby troskę… a może przywidziało mi się? To przecież tylko psy! Jasna cholera. Muszę natychmiast… No tak, nie jestem już tam. Nie ma doktora Johansena… Jednak potrzeba zapisania snu, nim rozpłynie się w nicość, jest silna. 
    Psy wskakują na łóżko i atakują mnie swoimi merdającymi ogonami, nagle rozradowanymi jęzorami. Wyginają się, łaszą, popiskują radośnie.
– Spokój wariaty – śmieję się mimo woli, przytulam każdego po kolei i głaszczę. Chce mi się płakać i śmiać jednocześnie. Jak to dobrze mieć te futrzane kule przy sobie. Chyba trochę za mocno objąłem Urwisa, bo wyrwał się, zeskoczył z łóżka i skacze jak ulęgałka. Oj, dobrze wiem, czego chce ten łobuz – Zaraz, zaraz. Daj się człowiekowi wyplątać z pościeli – śmiech wygrywa, gdy to mówię.
    
    Czuję dumę, słysząc pospieszne chrupanie. Udało mi się nauczyć je jedzenia suchej karmy i mogę w spokoju skonsumować tosta z szynką. Myśli wracają… Normalnie zapisałbym ten sen w notesie, który i tu miałem zamiar przygotować sobie na szafce przy łóżku, ale zwierzaki tak mnie zajęły, że zwyczajnie zapomniałem, a teraz już właściwie nie odczuwam potrzeby. Wydaje mi się, że złapałem dystans bez tego, mimo to wciąż mam wyraźnie przed oczami cały ten sen. Swoją drogą, to ciekawe. Śniła mi się Blanka, ale jestem pewien, że w rzeczywistości nie miała żadnej blizny. No i nie byłem nigdy z nią w takim miejscu, chociaż… z kimś byłem. Chyba. Powinienem się przyzwyczaić do tych wywołanych przez dragi dziur w pamięci i ich powrotów w koszmarach. Terapia, jak widać, nie wszystko załatwiła do końca. Teraz nawet nie ma jak złożyć reklamacji. Drapię za uchem Urwisa, który zjadł jako pierwszy i jak zwykle przychodzi się pochwalić.
– Zaczekaj na dziewczyny, zaraz pójdziemy – to słowa, które wypowiadam codziennie rano. Od kilku dni. Chyba ustalamy rytm. Urwis zjada, Fusia zjada, na końcu Tola, a potem wychodzimy razem i jest, kurcze rzeczywiście tak jest. No fajnie jest. Na luzie, bez spiny. Dobrze. Urwis patrzy na mnie, a ja na suki z oczekiwaniem na spacer – Dziś pójdziemy do lasu. Co wy na to?

Jestem realistą, wiem, że trupa już nie ma i z pewnością nie znajdę następnego, jednak na wszelki wypadek szerokim łukiem obchodzę tamtą część lasu. Psy słuchają mnie i pilnują. Piękna złota jesień wybuchła przed nami całym swoim urokiem. Próbuję odgonić myśli o dziwacznym śnie, ale uporczywie wracają jak dręcząca zagadka, której rozwiązanie wydaje się oczywiste, choć jest nieuchwytne. Tola, jakby wyczuwając, że potrzebuję pomocy, co chwila przynosi mi zgniłą szyszkę, którą muszę jej rzucać. To pierwszy raz, gdy wszystkie trzy biegają luźno, spuszczone ze smyczy i o dziwo, trzymają się blisko.
– Dzień dobry! – radosny, trochę znajomy głos, wyrywa mnie z zachwytu nad gracją i sprytem Tolki. A… to ta.
– Dzień dobry. Urwis, do nogi!
Zdyszana, z rozwianymi jasnymi włosami i zarumienionymi policzkami młoda sąsiadka z pieskiem wygląda, jakby przed kimś uciekała i właśnie na mnie wpadła. Cóż, mogę ewentualnie zostać dziś jej rycerzem. Uśmiecham się do siebie na tę głupkowatą myśl.
– Ładny dziś dzień się zapowiada, nieprawdaż? – zagaduję, lecz jej poważna, a właściwie zaaferowana mina oznacza, że kobieta raczej nie podzieli mojego optymizmu.
– Widział pan Hrabka? – zawiesiła na mnie cały ciężar swojego zaniepokojonego spojrzenia – No Hrabka, mojego psa, widziałeś?
– A! Tego… No, nie, nie widziałem… – rozglądam się odruchowo – A… zgubił się? – pytam, też bez zastanowienia, wyjątkowo inteligentnie.
– Nie, to taka radosna zabawa. Siedzi w domu, a ja biegam po lesie i udaję, że go szukam! – ałć… no tak.
– Przepraszam, zaskoczyła mnie pani… To może ja pomogę szukać. Gdzie widziała go pani po raz ostatni?
W zasadzie mam jeszcze trochę czasu, mogę jej pomóc. Zatem idziemy razem, to znaczy ja idę i się rozglądam, ona biega chaotycznie po krzakach i wrzeszczy. Kiepska taktyka, ale nie będę przecież pouczał kobiety w najwyższym stanie wzburzenia. Nagle staję jak wryty i czuję, jak pot występuje mi na czoło pod czapką. A co jeśli, ten Chrupek, czy jak mu tam, podobnie jak Bimber wtedy… 
– Zaczekaj! Może trzeba wezwać jakąś pomoc! Albo… o! Może wrócił na osiedle? – nie, nie chcę sam z nią biegać po lesie, nie chcę znaleźć kolejnych zwłok!
– Co? Poleciał w przeciwną stronę, jakby wracał, to bym go zobaczyła, przecież biały jest jak śnieg! Jak nie chcesz, to sama…
– Dobrze już – przerywam jej – nie to miałem na myśli. Uciekł w las? Wyrwał się i pobiegł, szczekając?
– Nie, zwyczajnie pobiegł, jak pies – zerka na mnie, jakby szukała oznak debilizmu na mojej twarzy – A co?
– Nic, nic. Chrupek! – ruszam szybciej.
– Hrabek, nie Chrupek! Może niech pan lepiej wraca ze swoimi do domu, poradzę sobie.
I w tym momencie Fusia, która wąchała coś przy ścieżce, zrywa się i skacze w lewo jak sarna w wersji mini. Nim zdążyłem otworzyć usta, widzę biały kształt, do którego pognała. Teraz radośnie wylizuje pysk Chru… Habkowi. 
– Jesteś! – pańcia z wielką ulgą w głosie rzuca się ku psiakowi, by porwać go w ramiona, aż wystraszona Fuśka odskakuje z podkulonym ogonem i natychmiast chowa się za mną. – Fuuuj! – Odnaleziona miłość zostaje niemal rzucona z powrotem na ziemię. Co do… O cholera. Uroczy biały terierek ma umorusany na brązowo pysk. I w kark najwyraźniej też sobie powcierał zdobycz.
– Fusia! – może jednak niech nie zlizuje z niego tego gówna. Blondyna gładko przechodzi z fazy nerwowego strachu i matczynej troski przez pełnię radości do furii obrzydzenia.
– Ty pieprzony gównojadzie! Co to ma być?! Cholero jedna! Jak ty wyglądasz?! Nie zbliżaj się do mnie!
    
    W przeciwieństwie do sąsiadki czuję autentyczną ulgę i – przyznaję – rozbawienie. Ona nie zdaje sobie sprawy z tego, jakie ma szczęście. Pies w lesie potrafi znaleźć coś dużo gorszego niż odchody.

1 komentarz:

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...