16. Sen nocy listopadowej

– Nie, zostaw, tak jest dobrze – powstrzymuję ją przed zaciągnięciem zasłony. Wściekle zielone, mrugające światło neonu sprawia, że jej ciało pulsuje równomiernie kosmicznym blaskiem, tnącym co chwilę głęboki mrok wokół nas.

Sen wspomnienie Blanka

    Jest idealna, perfekcyjna, gdyby świat został zbudowany na podstawie łuku jej ramion, talii, biodra, uda..., byłby rajem nad raje. Od przeszklonej ściany jest zaledwie cztery, może pięć metrów, ale ona idzie, idzie, wciąż idzie… Chcę jej jak najbliżej i jednocześnie chcę wciąż widzieć tę sekwencję płynnych, falujących w zieleni kroków złożonych z nieskończonych mikroruchów jak fraktale... Zatrzymuje się tuż przed niskim jak podnóżek, szklanym stolikiem i na chwilę, tę ponadczasową chwilę, w której mógłbym pozostać na wieki, jak owad uwięziony w bursztynie, zatrzymuje się, a potem pochyla. Zgniata w popielniczce dopiero co zapalonego papierosa i podnosi się, niczym w przewijanym do tyłu filmie wraca do swej doskonałej formy, by znów zatrzymać czas na rozkosznie długi ułamek sekundy. Brakuje mi tchu, oplata mnie gorący, gęsty zapach perfum, dymu, jej ciała i tej elektrycznej zieleni..., ale jestem tak lekki, że zaraz... Mówi coś, chyba coś mówi, a może się śmieje? Jej głos dobiega z oddali, z nieznacznym opóźnieniem, jak przy kiepskim połączeniu, ale ona jest coraz bliżej, żarzy się jak dzika limonka. Wyciągam ku niej rękę, która sama utrzymuje się w powietrzu, jakby nic nie ważyła, ale ona jest tak daleko. A nie, jest tu. Jakby skoczyła w czasie. Dotykam jej włosów. Natychmiast. Są tak miękkie, jak… jak… nie da się tej miękkości do niczego porównać, one są miękkością, istotą miękkości. Zanurzam się w nie dłońmi, twarzą. Krótkie, a jakby wydłużają się, oplatają moje palce, usta, ruszają się, wiją… Zanurzam się cały. Stapiam się w jedno. Jestem nimi. Docieram do ciepła skóry. Przenikam... Szyja, a na niej atłas. Czuję pulsowanie. Wszędzie. W rytm zieleni… Kreska na atłasie przeszkadza, jest złośliwym intruzem, więc gładzę ją palcami. Nie widzę dokładnie, ale czuję wyraźnie. Pod opuszkiem palca, końcem języka. Niech się rozprasuje i zniknie… jak zmarszczka na prześcieradle… Niech zniknie… Niech… Dlaczego nie schodzi? Dlaczego zaburza ideał?

– Hej przestań, nie drap tak! – wrzeszczy mi gorącym szeptem do ucha i trąca lekko w ramię. Nie! Tracę równowagę! Odrywam się. Lecę. Spadam! Nie mam się czego złapać, jestem sam w nicości, spadam! Puls zieleni oddala się błyskawicznie… Tracę oddech! Nie!

Co?! Co to za zapach? Zimno mi, czuję, jak pot zamarza warstwą między skórą a koszulką. To był sen. Tak, to sen, ale... co się stało z pościelą? Co to jest? Liście? Skąd liście? Co do cholery?! Siadam gwałtownie i mrugam szybko oczami, ale niczego nie mogę dostrzec. Ten smród to mieszanka gnijących powoli liści i ziemi, świeżej ziemi. W łóżku? Cholera, psy naniosły na łapach ziemię do łóżka i… rozglądam się wokół, mrużąc oczy, wzrok powoli adaptuje się do warunków. Plamy nabierają kształtów. Drzewa? Krzaki? To wygląda przecież jak las, jak tamto miejsce... Patrzę bliżej, nie ma łóżka, psów, są liście, mnóstwo liści, gałęzi i mokra, zimna ziemia. Boję się odwrócić. Wiem, wiem to. Obok leży ona… Z całej siły powstrzymuję się, zaciskam oczy, pięści, wszystko zaciskam, ale nadal widzę, poruszam się, to nie fair, to moje ciało, ja nim rządzę! Nie chcę tego zobaczyć! Nie!

– Nie!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...