14. Wzorowy obywatel

    Dochodzę do wniosku, że takie przetrzymywanie ludzi w oczekiwaniu ma swoją funkcję, a nawet cel. Od blisko godziny siedzę na korytarzu komisariatu – „Proszę tu poczekać, niebawem ktoś pana wezwie” – i zdążyłem już uspokoić się, ochłonąć, przemyśleć i odrzucić kuszącą myśl o ucieczce, zdenerwować się, obmyślić, co będę mówił i policzyć wszystkie szpilki oraz pinezki na niemal pustej korkowej tablicy wiszącej na ścianie naprzeciwko, a także przeanalizować treść jedynej przyczepionej tam karteczki, a właściwie ulotki reklamującej pizzerię. Mają w ofercie Piracką na ostro. Z podwójnym serem byłaby idealna. Burczy mi w brzuchu od godziny. 

    Odruchowo poderwałem się, gdy drzwi gabinetu otworzyły się, lecz policjant tylko spojrzał na mnie beznamiętnie, zamknął je za sobą na klucz i powoli sobie poszedł. Trzeba było zabrać kanapki i kawę w termosie. Cholera jasna, znalazłem zwłoki, wezwałem gliny, zgodziłem się od razu złożyć zeznania i razem z milczącym aspirantem odprowadziłem psa, po czym pojechałem z nimi na komisariat. Wzorowa postawa obywatelska została nagrodzona możliwością posiedzenia sobie na tyłku.

– Pan Leopold…

– Fikcyjny, to ja.

– Yhmmm… Proszę – funkcjonariuszka otworzyła drzwi, zapraszając mnie gestem do środka. Wreszcie. Miejmy to już za sobą. Dobrze, że przysłali dziewczynę, pewnie zajmuje się tu papierologią i nie będzie mnie za bardzo maglować. Nawet ładna, chyba w moim wieku. Ciekawe, co taka kobieta robi w takim miejscu jak to. Nie spieszy się, nie wiem, czy to dobry znak. 

– Proszę usiąść i przygotować dowód osobisty – mówi łagodnie, włączając komputer. Podaję mój skądinąd fałszywy dokument pełen pewności siebie, lecz nieco zasycha mi w gardle, gdy policjantka ogląda go, po czym przygląda mi się jakby odrobinę zbyt długo. Wiedziałem, że to był kretyński pomysł na nazwisko. Trzeba było zostać jakimś Kowalskim albo Pawlakiem. Zaraz się do tego przyczepi. Niech to się szybko skończy, a przysięgam, wyjadę stąd na koniec świata i zostanę Johnem Smithem.

– To pan, panie Leopoldzie… Fikcyjny, znalazł ciało denatki w lesie. Proszę opowiedzieć, jak do tego doszło – mówi, jednocześnie przepisując moje dane.

– A więc… To znaczy. No tak – czuję się, jak uczeń wezwany do odpowiedzi – Wyszedłem jak co rano z psem sąsiada, który jest chory i…

– Sąsiad nazywa się?

– Grzegorz Rurzycki. Przez u otwarte i er zet. Nazwisko, bo imię normalnie. I…

– Adres?

– Mój czy sąsiada?

– Sąsiada.

– Akacjowa 54 przez 9.

– Na co choruje pies?

– Co?

– Powiedział pan, że pies sąsiada jest chory.

– A nie! Nie pies. Sąsiad jest chory. Ma koronawirusa i dlatego ja zaoferowałem pomoc i go wyprowadzam. To znaczy, psa wyprowadzam.

– Rozumiem. Proszę kontynuować.

– Tak. Więc ja z Bimbrem, czyli psem, bo pies wabi się Bimber, wyszedłem i on mnie zaprowadził do lasu. To znaczy nie, ja go prowadziłem, nie on mnie, ale wyraźnie chciał iść do lasu, chociaż rano raczej tam nie chodzimy. Rano to zwykle po okolicy…

– Spokojnie. Proszę się nie denerwować – mówi i w tym momencie uzmysławiam sobie, jak bardzo pocą mi się dłonie – Wyprowadził pan psa o imieniu Bimber należącego do sąsiada Grzegorza Rurzyckiego na spacer i poszliście do lasu, tak?

– No tak. Nie miałem zamiaru w taką mgłę, ale on… Pies uparł się. Był niespokojny. To dla niego nie jest typowe. Wyrwał mi się i uciekł, a potem szczekał i jak go znalazłem, to stał nad tą… denatką. I ja zadzwoniłem. A nie! Jeszcze coś! Bo ja się zdenerwowałem, to znaczy nie, żeby ten…, tylko że byłem zaskoczony, nie spodziewałem się, no… nigdy wcześniej nie znalazłem, nie widziałem martwego ciała. No i jak chciałem zadzwonić, to mi telefon wypadł tuż obok i ja go wyjąłem i zadzwoniłem.

– Rozumiem. Czy czegoś pan dotykał? Chodził wokół?

– Nie, nie! Bimber też stał praktycznie w jednym miejscu, gdy tak szczekał. Nic nie ruszaliśmy. Tylko tyle, że telefon…

– W porządku.

– Potem, tak jak mi kazaliście, wysłałem moje współrzędne i czekałem.

– Czy rozpoznaje pan osobę denatki?

– Nie. 

Spokojny głos policjantki pozwala mi się nieco rozluźnić. Chyba całkiem dobrze mi poszło. Nagle drukarka tuż obok ożywa i wyrzuca z siebie kilka arkuszy.  Na jednym z nich są moje dane i to, co opowiedziałem w wersji dużo bardziej uporządkowanej i klarownej. Podpisuję swoje zeznania i jeszcze kilka innych tekstów typu RODO, pouczenie, zgoda na coś itp. 

– Dziękuję, na razie to wszystko.

– Wszystko?

– Tak, gdyby się panu coś jeszcze przypomniało, jakiś szczegół, cokolwiek, proszę dzwonić – zapisuje numer i podaje mi karteczkę – W razie potrzeby, będziemy się kontaktować z panem.

Gdybym palił, teraz rozpaczliwe potrzebowałbym papierosa. Nie mam najmniejszego zamiaru do nich dzwonić. Nie patrząc, wyszukuję w kieszeni zmięty papierek z numerem telefonu i wyrzucam do śmietnika pod komisariatem. Muszę jak najszybciej wracać, moje psy już dawno powinny były wyjść. Pewnie siedzą biedaki i trzymają albo nie dały rady i zafajdały mieszkanie. Czas wrócić do rzeczywistości. Tylko twarz tej kobiety… skąd ja ją znam? 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...