13. Instynkt

    Zamieram w bezruchu, a w głowie pulsuje chaos myśli. Nie mogę oderwać wzroku, jednocześnie widok jest tak przerażający, że nie chcę patrzeć. Co robić? Co robić? Zawiadomić policję. To oczywiste. 

Kobieta z blizną

    Telefon wypada mi z trzęsącej się dłoni, nie mogę tego opanować, do jasnej cholery, wiele w życiu złego zrobiłem, ale trupa widzę pierwszy raz. Muszę podejść bliżej, schylić się nad nim..., nie, nie dosięgnę, smartfon wpadł do tego pieprzonego dołu i leży może ze dwadzieścia centymetrów od kolana. Weź się w garść do cholery! Klękam i sięgam, po czym odskakuję, jakby nieżywa kobieta miała nagle złapać mnie za rękę. Nie mogę opanować histerycznego śmiechu. Dobra. Spokój. Dzwoń. A może nie… Dlaczego ja? Trup to trup, żadna dla niego różnica czy ktoś się nim zajmie szybciej, czy później. Niech ktoś inny to zgłosi, przecież ja się muszę trzymać z daleka od policji, nie mogę się w nic podobnego angażować. Tak. Wrócę do domu jakby nigdy nic. Zamykam oczy, by się opanować. Wciąż widzę to kolano, fragment łydki, czarną ziemię i włosy… splątane, długie i kręcone włosy blond. Jak żywe. Otwieram oczy i wciągam spazmatycznie powietrze. Jej twarz… sina, zastygła w czasie, brudna. Wbrew sobie przyglądam się jej. Właściwie to tylko kawałek profilu i ucho. Szyja przysypana ziemią, ale wyraźnie widać poniżej płatka ucha jakby kreskę, bliznę? Żołądek podchodzi mi do gardła. Nie, na pewno nie podejdę bliżej. Gdzieś już widziałem tę kobietę. Na pewno. Tym bardziej muszę stąd wiać. Wrobią mnie w to jak nic. Dokopią się do wszystkiego i w to też mnie wrobią. 

– Bimber! Idziemy! – łapię go za obrożę, lecz on wcale nie ma zamiaru się stąd ruszyć. Stoi jak wryty i uparcie ni to szczeka, ni to powarkuje – Przestań do cholery. Idziemy! – odciągam go kawałek na siłę i ruszamy w mgłę. Muszę teraz znaleźć jakoś ścieżkę. Hm… możliwie, że nieprędko ktoś odnajdzie to ciało. Biegacze, spacerowicze raczej nie chodzą po krzakach. Może grzybiarze? Już chyba po sezonie… Może jakiś inny pies… No nie, nie mogę tak po prostu odejść. Poza tym na sto procent zostawiłem tam ślady na wilgotnej ziemi i Bimber też. Pies nagle zatrzymuje się i zaczyna szczekać. Inaczej niż przed kilkoma chwilami. Najeża się i marszczy nos, obnażając zęby. Ktoś tu jest. Odgłos łamanych gałęzi tylko to potwierdza. Rozglądam się na próżno, mrużąc oczy, nadal nic nie widać. Co to? Coś mignęło za krzakami nadal przesłoniętymi grubą mgłą, jakby ktoś tam był. Przypadkowa osoba? Dzik? Morderca? Serce skacze mi do gardła. Za daleko, zbyt krótko i gówno widać, cholera, to nie może się dziać. Bimber szaleje, ale tym razem mocno trzymam smycz. Nie będę za nikim gonił ani niczego sprawdzał, nie ma opcji. Mam ochotę odwrócić się w drugą stronę i spieprzać tak szybko, jak to tylko możliwe. Krzaki wróciły do bezruchu, ktokolwiek tam był, uciekł. Przynajmniej taką mam nadzieję. Oddycham głęboko, by się uspokoić, na szczęście przestaje obnażać zęby i się rzucać, chociaż nadal jest bardzo niespokojny. Wyjmuję znów telefon i nie bez trudu, szarpany przez psa, wybieram 112.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...