12. To miał być zwyczajny poranek

     Jak tak dalej pójdzie, będę musiał ruszyć kasę, która miała nie ujrzeć światła dziennego jeszcze przez co najmniej dziesięć, piętnaście lat.  Co prawda już dawno po procesie, policja i prokuratura odtrąbiły sukces, a kurz całkowicie opadł, jednak lepiej nie kusić losu. Powinienem już mieć jakąś sensowną pracę, zarabiać na bieżące wydatki, a nie jechać cały czas na tym, co przywiozłem. Tym bardziej muszę się zorganizować. 





Wczoraj odebrałem auto. Dziesięcioletnie, więc wcale nie drogie, ale po doliczeniu podatku, ubezpieczenia, opłat rejestracyjnych wyszła niezła sumka jak na kogoś, kto oficjalnie nie ma żadnych dochodów. Tylko kiedy mam pracować, skoro ciągle latam na spacery? Właśnie, czas na poranną przebieżkę z Bimbrem. Na zewnątrz biel wszystko przykryła i nie widać dalej niż na dwa, trzy metry. Będzie dog in the fog. Z czego to było? Z jakiejś reklamy? Chodzi mi po głowie, mam na końcu języka, ale nie mogę sobie przypomnieć… 

Nie miałem w planach lasu o tej porze. Ledwie wstał dzień, w dodatku  mgła nigdzie się nie wybiera, przeciwnie zdaje się gęstnieć. Nogi jednak same zawędrowały między drzewa. Hmm… raczej nogi psa. Co się z nim dzieje? Ciągnie coraz bardziej, a przecież to takie spokojne zwierzę. Zapewne zdemoralizował się przy mnie, o ironio, zamiast świecić przykładem, by motywować mnie do pracy nad tamtymi trzema, które teraz pewnie okupują moje łóżko, sam stanie się taki, jak one. Najwyżej dam Grześkowi namiar na panią Kasię. Zaczyna mnie ogarniać jakiś dziwny, głupkowaty humor. Może to efekt mgły nasyconej nadmiernie smogiem? 

Tu i ówdzie leżą pozwalane po niedawnych wichurach drzewa. Niektóre pocięte na kawałki, inne nie. Mam ochotę poskakać z jednego na drugi jak dawniej z Radkiem. Ile mieliśmy wtedy lat? Ja chyba siedem albo osiem, pamiętam, że chodziłem już do szkoły, więc Radek musiał mieć dziesięć lub jedenaście. Mleczne obłoki. Tak to nazywaliśmy. Był koniec sierpnia i ostatnie dni wakacji, które spędzaliśmy do końca na wsi. Każdego ranka bezlitosny kogut budził nas, drąc się  wniebogłosy pod oknami, więc szybko wstawaliśmy i z nudów wymyślaliśmy różne głupoty. Raz podczas takiej porannej mgły jak ta, wyszliśmy na podwórze i rozwlekliśmy wszystkie większe pieńki drewna zgromadzone na opał obok szopy. Z wielkiego, równo ułożonego stosu niewiele zostało, za to my urządziliśmy sobie przednią zabawę, ganiając się i skacząc po tych pniakach wśród mlecznych chmur. Mam wrażenie, że lada chwila mój starszy brat wyskoczy zza któregoś drzewa, złapie mnie za kurtkę i ryknie „mam cię!” 

Nie potrafię się oprzeć i niesiony wspomnieniami wskakuję na gruby pień leżącego drzewa. W tym samym momencie Bimber wyrywa mi smycz z rąk i biegnie w drugą stronę, a ja tracę równowagę, lecę w gałęzie i liście. Wszystko jest oblepiająco mokre, buty ślizgają się na wilgotnej ściółce…

– Bimber! Wracaj! – drę się, stając wreszcie na nogi. Rozglądam się gorączkowo, ale nigdzie go nie widzę. Nawet nie wiem, w którą stronę pobiegł. Jasna cholera! Wracam szybko na ścieżkę i wytężam bezskutecznie wzrok – Biiiiimbeeeeeer!

    Mogę tylko nasłuchiwać, więc robię to, lecz otacza mnie cisza niemal tak gęsta, jak mgła. Co teraz? Czekać? Chodzić i szukać? Zadzwonić do Grzegorza? Bez sensu, jeszcze gotów wyjść chory. Muszę znaleźć tego psa. Drę się jeszcze kilka razy i ruszam na poszukiwania. Nagle słyszę szczekanie, kilka szczeknięć. Chyba z tyłu, więc odwracam się i biegnę. Brakuje mi tchu, pewnie z tych nerwów, wciąż go wołam. Chociaż wkładam w to wszystkie siły, imię psa wybrzmiewa znacznie ciszej, niż powinno. Na szczęście znów słyszę szczekanie. Jak seria z karabinu, po której następuje złowroga cisza. Przynajmniej nogi mnie nie zawodzą, więc pędzę coraz szybciej między drzewami, przez krzaki, które szarpią mi ubranie i drapią niekiedy twarz. Jednocześnie czekam z napięciem na kolejny sygnał. Dobrze. Szczekanie jest teraz wyraźniejsze, bliższe. Dlaczego nie wraca? Zaczepił się o coś smyczą? Wpadł w jakąś pułapkę? Na cholerę tam biegł? 

– Bimber! – jest! Widzę jego kształt, chociaż wciąż za gęstą białą zasłoną. Co za ulga. Mam ochotę go wyściskać z radości i jednocześnie spuścić lanie za ten numer – Co z tobą, chłopie? - sapię, a ten znowu ujada, nawet na mnie nie patrząc – O co… o ja pier… – staję jak wryty i wytrzeszczam oczy. Tuż przed psem, spod świeżej, czarnej ziemi wystaje fragment ludzkiego ciała…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...