9. Człowiek uczy się przez całe życie

    Wizyta na komisariacie przebiegła lepiej niż przypuszczałem. Bałem się, że przy okazji składania zeznań dotyczących okoliczności śmierci Gwizdoniowej,  będą mnie o zbyt wiele wypytywać, nabiorą podejrzeń i przyczepią się, niwecząc wszystko, co tak starannie opracowałem. Wiem, co mówię, oglądałem przecież Lie To Me. Tymczasem rozmowa przebiegła gładko, rutynowo, gliniarz prawie wcale na mnie nie patrzył, a ja byłem bardzo naturalny, co mnie nawet trochę podbudowało. Może to moje wrodzone zdolności aktorskie, a może po prostu podejście funkcjonariusza, który wyglądał, jakby miał od rana wszystkiego dość i chciał mieć już za sobą ten nudny obowiązek. 

    Będąc na fali dobrego humoru, stwierdziłem, że dziś trzeba zrobić coś, co posunie na przód moje pokręcone i zdominowane przez innych życie. Ostatecznie czyż nie mam szczęścia? Nie muszę siedzieć od świtu jak ten policjant za biurkiem, wysłuchiwać kiepskich opowieści, dusząc się w przybrudzonej maseczce, by zarobić na życie. Mam jeszcze trochę kasy, o którą nikt nie pyta, mam czas, możliwości i… psy. Zdecydowałem, że zabiorę Urwisa do lekarza, żeby poradził coś na te biegunki i smród z pyska. Do najbliższej, czyli oddalonej od domu o ponad cztery kilometry, lecznicy dotarliśmy piechotą, bo pies za nic nie chciał wejść do autobusu. Poświęcenie się opłaciło, gdyż dowiedziałem się od specjalisty bardzo istotnych rzeczy, z których najważniejszą jest to, że jestem kompletnym durniem. Weterynarz nie powiedział tego oczywiście wprost. Nie musiał. No ale skąd miałem wiedzieć, że psów nie karmi się kiełbasą, serem, mlekiem i ogólnie normalnym jedzeniem? Z przedszkola nawet pamiętam, że każdy piesek lubi kiełbaski. Poza tym Fusi i Toli jakoś taka dieta nie szkodzi. A może przechodzą ową szkodliwość bezobjawowo? W każdym razie dostałem jakieś próbki karmy, ulotki, dziwaczne zielone gryzaki i mam sobie poczytać o żywieniu psów. Urwis zaliczył zastrzyk, mam mu podawać przez kilka dni wielkie białe tabletki, a potem wszystkim dać inne mniejsze na odrobaczenie. Chyba zbladłem, gdy lekarz mi je pakował, bo dodał, że profilaktycznie. No ja myślę. Tola codziennie rano budzi mnie lizaniem po twarzy. Zapytałem, czy ja też mogę dostać taki lek profilaktycznie oczywiście, czym zbłaźniłem się do końca. Weterynarz, powstrzymując śmiech, powiedział z politowaniem, że to są lekarstwa dla zwierząt, nie dla ludzi i jeśli bardzo chcę, to mogę zapytać w aptece o coś bez recepty lub umówić się do internisty. Dziękuję, postoję. 

    Samochód. Muszę sobie kupić samochód. Wróciliśmy z Urwisem do domu, nóg nie czuję, a tu dwie suki patrzą i czekają na swoje spacery. Może corsę albo golfa? Coś niewielkiego, ale nie za małego, bo psy. Raczej starszy model, używany, niedrogi, nierzucający się w oczy. W zasadzie najlepiej stary grat, bo przecież jestem bezrobotny i nie mogę epatować bogactwem. Tłumaczę czworonogom, że muszę chwilę odpocząć, zanim z nimi pójdę i przeglądam oferty motoryzacyjne. 

Wybieram numer do kolejnego komisu, gdy telefon dzwoni mi w dłoni. 

– Dzień dobry, pan e… Fi… Fikcyjny? – słyszę niepewny głos.

– Leopold Fikcyjny, słucham?

– O, to dobrze, bo już myślałam, że coś… ja jestem córką pani Brewer.

– Tak? - nic mi to nie mówi – A o co chodzi?

– O babcię, proszę pana. Nazywam się Justyna Kolanko, jestem córką pani Brewer z domu Gwizdoń. Mama prosiła, żeby się z panem skontaktować w sprawie jakichś zwierząt.

– Mówi pani o córce Rozalii Gwizdoń z Nowej Zelandii. Będzie mogła przyjechać? W takich wyjątkowych okolicznościach…

– Nie, nie. Mama nie przyjedzie – coraz słabiej ją słyszę i muszę domyślać się, co mówi.

– Halo? Co pani mówiła? Cieszę się, że wreszcie dzwoni ktoś z rodziny, bo ja nie mogę zajmować się tymi psami cały czas. Czy pani też jest za granicą? Halo?

– Psami? A to psy są… Bo proszę pana… mamusia nie żyje i ja nie wiem… Miałam się z panem skontaktować i przekazać, że teraz raczej nikt nie zamie się spadkiem po babci, przynajmniej przez jakiś czas.

– Proszę przyjąć wyrazy współczucia, rozumiem, że to wielki cios, i babcia i matka – zaczynam pleść, żeby podtrzymać tę dziwną rozmowę. Zbiła mnie z tropu kompletnie.

– Dziękuję. Do widzenia.

– Chwileczkę! Niech się pani nie rozłącza! No ale co będzie dalej? Może pani by tu przyjechała, gdy już będzie po… no wie pani, po…

– To niemożliwe – przerywa mi – przecież loty do Polski są wstrzymane. W dodatku jestem na kwarantannie, nawet nie mam jak dostać się do Nowej Zelandii, aby zająć się pogrzebem matki – z tonu płaczliwego przechodzi w bojowy – Pan pewnie myśli, że to takie łatwe. Ciążą panu psy, a co ja mam powiedzieć? Mama nie żyje, babcia, której nigdy nie znałam też, ja mogę być zakażona koronawirusem i co ja mam z tym wszystkim zrobić?!

– Ja… no…

– No właśnie. Żegnam!

I nawet nie powiedziała wprost, po co dzwoniła. Po to, by uświadomić mi, że inni mają gorzej?

2 komentarze:

  1. może obrazek z pochylonym Fikcyjnym ciągnącym psa lub pies ciągnący Fikcyjnego

    OdpowiedzUsuń

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...