8. Drobne inwestycje

    Nie wiem, jak ona to zrobiła, ale przekonała mnie. Przez blisko godzinę rozmawiałem z kobietą z najbliższego schroniska dla zwierząt. Nie wiedziałem, że jest aż tak źle. Są przepełnieni, nie mają ani jednego wolnego kojca, za to rosną ich długi, brakuje karmy, pieniędzy na leczenie i ludzi do pracy. Zamiast umówić się na oddanie tej przeklętej trójki, niemal zgodziłem się na wolontariat w schronisku. Na szczęście zreflektowałem się, że społecznie to ja już mam co robić w pełnym wymiarze godzin. Pracownica schroniska sugerowała zgłoszenie się do fundacji, poszukiwanie nowych domów adopcyjnych i tak dalej, ale ja nie jestem właścicielem tych psów, więc i tak formalnie nic nie mogę. Cudownie. Wygląda na to, że czasowo zostałem na nie skazany, czy mi się to podoba, czy nie.




– I co? Będę się musiał z wami mordować. Macie pojęcie, jak komplikujecie mi życie? Co to w ogóle za chora sytuacja, żeby trzymać trzy psy? No i czego się tak gapicie? – siedzą tuż obok i wlepiają we mnie te swoje oczyska. Słuchają moich wyrzutów i… o cholera, może mnie rozumieją? Tak żałośnie patrzą. Błagalnie. Rozumieją, że chciałem je oddać, że mam ich powyżej dziurek od nosa i chcę się ich pozbyć. Robi mi się strasznie głupio, co ze mnie za nieempatyczny, samolubny i nieczuły bydlak.

– No sorry, no. Przecież zostajecie. Dalej będziecie się tu rządzić i… – Tola zaczyna trącać mnie nosem, a Urwis się zerwał i wybiegł z pokoju. Nie mogę się nadziwić, naprawdę kumają, o czym mówię. Wstaję, a suczki wybiegają za kudłatym. Idę więc za nimi, pełen uniesienia, bo przecież ewidentnie nawiązaliśmy kontakt, zwierzęta mnie rozumieją, jestem jak… A nie. Jestem tylko zwykłym idiotą. Zapomniałem je nakarmić, stąd te błagalne spojrzenia i nasłuchiwanie, co mówiłem. Poleciały do kuchni i siedzą przy lodówce. Przyznaję, durne nie są, tylko mnie się nie wiadomo co wydaje. Przecież to psy. Dla nich ważne jest to, żeby się nażreć, wyspać i załatwić. Potrzebują do tego sługusa, którym jestem aktualnie ja i tyle, jeśli chodzi o nasze relacje.
Po posiłku i trójdzielnym maratonie spacerowym, po którym przynieśliśmy do mieszkania z dziesięć kilo błota, ponownie zasiadam przed laptopem. Muszę kupić jakiś sprzęt do zbierania kup, bo nie uśmiecha mi się płacenie mandatów lub alternatywnie bieganie za każdym razem do pobliskiego lasu, który najwyraźniej zamienia się o tej porze roku w bagna.
 
    Wnikliwie przestudiowałem temat i wnioskuję, że najlepiej będzie zaopatrzyć się w specjalne woreczki. W tym celu odwiedzam jeden z pierdyliarda sklepów internetowych dla zwierząt i wrzucam do koszyka rolki folii, dodatkowe smycze i drogie jak cholera, ale wyglądające na porządne, legowiska, których producent obiecuje, że są praktyczne, wygodne i twój pies je pokocha. Może odzyskam łóżko. Narosła taka kwota, że dorzucili darmową wysyłkę i gumową gęś. Teraz jeszcze tylko wizyta w spożywczym po dwa kilo wiejskiej, ser żółty, mleko, ewentualnie zupki chińskie dla mnie i przeżyjemy jakoś weekend. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...