7. Miarka się przebrała

     Oczywiście jestem w czarnej dupie. Albo źle zapisała numer, albo córeczka na wszelki wypadek nie odbiera telefonów z Polski. Może wcale nie ma zamiaru interesować się spuścizną po matce, skoro nawet nie mogła uczestniczyć w pogrzebie. Rzeczywiście loty z Nowej Zelandii do Polski zostały wstrzymane. 

Wzorem byłej właścicielki zacząłem wychodzić z psami osobno. Boję się tak całkiem samopas wypuszczać Fusię, więc w efekcie odbywam dziewięć przechadzek dziennie, a czasem i więcej, gdy jaśnie pan Urwis wyraża dodatkową potrzebę. Nigdy się tyle nie nachodziłem co teraz. Niby jest mniej hardcorowo, ale mam tyle kilometrów w nogach, że padam na pysk. I pomyśleć, że w poprzednim życiu nawet po fajki do kiosku jeździłem samochodem. 

Plus taki, że rano zagadnęła mnie ta ładna z pieskiem, co to kiedyś zobaczyła, jak podchmielony kibic Pogoni ściskał mnie w windzie. Chyba zapomniała o tym incydencie. Miło pokonwersowaliśmy przy trawniku, gdzie Tola i pupil tamtej obwąchiwali sobie tyłki. Myślałem nawet, że mnie podrywa, ale nie. Wywnioskowała nie wiadomo skąd, że zajmuję się zawodowo wyprowadzaniem psów i chciała mi złożyć ofertę, bo pracuje do siedemnastej i przydałby jej się petsitter. W tym momencie zauważyłem, że ma straszne krzywy i zadarty nos. Wcale nie jest taka ładna. 

Miarka się przebrała. Nie dość, że tymczasowo podporządkowałem swoje nowe, pełne nadziei życie trzem niewdzięcznym kundlom, to jeszcze dostałem mandat! Dosłownie przed chwilą dwóch strażników miejskich z uśmiechami satysfakcji na twarzach powiedziało mi, że mam sprzątać po psie. Wyjaśniłem upierdliwcom, że to nie mój pies, a w dodatku grzecznościowo, bezinteresownie i z dobrego serca zajmuję się trzema sztukami. Nie wiem, co sobie myślałem. Że się rozczulą, jaki dobry jestem? Wydedukowali, że po pozostałych też nie sprzątam, co oznacza, że generujemy co najmniej trzy kupy dziennie, więc tym bardziej upomnienie nie wystarczy. Nie sprostowałem, że te cholery srają praktycznie za każdym razem, bo żrą jak konie pociągowe. Wytapetowaliby mnie tymi swoimi mandatami. O nie, koniec z tym.




Stoją wszystkie trzy i czekają na posiłek po spacerze. Czuję na sobie ich wzrok, oddech dyszącego Urwisa też czuję. Ignoruję je z pełną premedytacją, uruchamiając komputer. Mam zamiar znaleźć adres i numer najbliższego schroniska. Trudno. Nie tak miało wyglądać moje nowe życie. Mieszkanie tonie w sierści, nie mam na nic czasu, do jedzenia zostaje mi tylko chleb i warzywa, bo to, co mięsne i nabiał muszę oddać terrorystom, nie mogę się normalne sam wyspać we własnym łóżku, wszystko mnie boli i od chodzenia w mokrych butach dostałem kataru. O kosztach nawet nie chcę myśleć. Basta. Gdy już prawowita spadkobierczyni tego bałaganu przyleci zza oceanów, odbierze ich sobie z azylu. Ja mam serdecznie dość. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...