6. Trzeba być stanowczym

 – Proszę otworzyć, wiem, że pani tam jest! Chcę tylko o coś zapytać – stoję pod drzwiami mieszkania sąsiadki, która wcisnęła mi kilka dni temu psy. Nie dam za wygraną, cały dzień się na nią czaję – No niechże pani się nie wygłupia. Sama pani powiedziała, że gdybym czegoś potrzebował… - Wreszcie słyszę szczęk zamka. Uchyla drzwi zablokowane łańcuszkiem.

– Taaak? – łypie na mnie wystraszonym wzrokiem, gotowa w każdej chwili zatrzasnąć mi drzwi przed nosem. Dziś nie jest taka chętna do konwersacji.

– Dzień dobry, droga pani, czy może mi pani dać jakiś kontakt do rodziny zmarłej pani Gwizdoń? - staram się uśmiechać uprzejmie, chociaż najchętniej rozwaliłbym jej te cholerne drzwi, za którymi tak się chowa. Pewnie boi się, że przez szparę wepchnę jej psy i sam dam nogę. Ewidentnie mnie unika, raz zwiała windą, raz udawała, że nie słyszy i odwróciła głowę intensywnie zainteresowana żywopłotem na ulicy. No i wciąż udawała, że jej nie ma w domu.

– Y… ja nie mam, to znaczy nie wiem…

– Numer telefonu do córki – prościej się chyba nie da.

– Co? Ale ja nie mam córki. Przepraszam, mleko mi wykipi.

– Córki pani Gwizdoń! - mówię pospiesznie, w ostatniej chwili wsuwając stopę w szparę drzwi, by uniemożliwić jej ucieczkę w głąb mieszkania. Boli.

– Co pan? Proszę pana, tak nie można…

– Nie można?! – zaraz coś jej zrobię i każdy sąd mnie uniewinni – Pani wcisnęła mi trzy psy, nie pytając mnie nawet o zdanie, nikt się do mnie po nie nie zgłosił, nie wiem co z nimi zrobić, jeden chyba choruje, bo regularnie obsrywa mi mieszkanie, chociaż na okrągło latam na spacery. Żrą jak pułk wojska, śmierdzą i komplikują mi życie. Nie mam jak pójść do pracy, a pani, pani jest jedyną osobą, do której mogę się tu zwrócić! Chowa się pani przede mną i nie chce pomóc. Jeśli tak, to ja zaraz odwiozę je do schroniska i niech się dzieje co chce! – mój podniesiony głos niesie się po klatce, a sąsiadka coraz szerzej otwiera oczy. Teraz wygląda na jeszcze bardziej przerażoną.

– Och nie! Nie może pan tego zrobić! Świętej pamięci Rozalia by… och Boże… –przeżegnała się pospiesznie. Najwyraźniej bardziej przejmuje się opinią martwej osoby niż losem żywej, którą w to wszystko poniekąd wpakowała, a teraz chowa głowę w piasek.

– Zaraz je tam zawiozę i wszystko przez panią! – rzucam w jej stronę i odstępuję do tyłu. Złapałem ją jak rybę na haczyk.

– Nie, nie! Niechże pan zaczeka! Tak nie wolno! Gwizdoniowa się w grobie przewróci. Pan nie może!

– Czyżby?

– Zaraz, zaraz, niech pan wejdzie – omiata wzrokiem podłogę, nim szerzej otworzy drzwi, pewnie chce się upewnić, czy nie podrzucę jej psów przy okazji – Może rzeczywiście mam numer do córki, bo kiedyś, jak w szpitalu była… chwileczkę… Ona powinna lada dzień się tu pojawić. Wie pan, bo ona mieszka w Nowej Zelandii, pracuje tam i w ogóle. Nie tak łatwo teraz taki kawał świata… pan rozumie, w dodatku ta pandemia i w ogóle. Ale ten numer to zagraniczny jest, żeby potem nie było, że narażam na koszty. Pogrzeb też opóźniony, lecz nie wiadomo czy ona zdąży. Taka tragedia, w takich czasach!

Tak, jak nie chciała mnie wpuścić, tak potem nie dała wyjść. Dowiedziałem się między innymi o tym, jak to jedyna córka denatki zakochała się w studencie z wymiany, wyjechała z nim mimo protestów matki, przez lata były pokłócone, a potem... i tak dalej. Szkoda, że nie powiedziała nic konkretnego o psach, prócz tego, że pani Rozalia kochała je jak własne dzieci. Policjant chciał podobno wezwać po nie odpowiednie służby, lecz ona zaoferowała się, że pomoże i zaopiekuje się „nieboraczkami”, więc dali jej zwierzęta, a mieszkanie zamknęli i pojechali. Oczywiście szybko sobie przypomniała, że ma chore biodro i nie może zająć się psami, oraz nowego sąsiada, który jest "taki młody, zdrowy, niepracujący, bez zobowiązań". Ciekawe skąd tyle o mnie wie, a nie ma pojęcia, gdzie Gwizdoniowa chodziła na przykład do weterynarza. Gdzieś przecież musiała je szczepić. Dowiedziałem się tylko, że Fusia była wypuszczana sama i bez smyczy. Tola i Urwis były wyprowadzane osobno. Teraz już wiem, dlaczego, wychodząc z wszystkimi naraz, czuję się, jakbym ryzykował życie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...