5. Bezsenna noc

     Coś jest nie tak... Co to za stukanie? Matko jedyna, co tak potwornie śmierdzi? A!!! Co to jest?! Zrywam się na równe nogi, a właściwie zaplątuję w kołdrę i nie mogę wstać, serce zaraz rozwali mi klatkę piersiową, ale spokojnie... ja pier..., to tylko pies. W ciemności majaczy mi przed oczami kudłaty łeb, z którego wydobywa się regularne dyszenie i ten smród. Jakoś wstaję, zapalam światło, które natychmiast wdziera się przez zaspane oczy wprost do mózgu. Nienawidzę tego. Czego on chce? Wciąż dyszy i biega. Stuka jak szalony pazurami o parkiet. 

– Czego chcesz ode mnie w środku nocy? – wiem, że nie odpowie, ale jestem bezradny. Leci do drzwi wyjściowych i z powrotem do mnie, po czym znów zawraca. Spacer? O tej porze? Chyba nie mam wyjścia. 

    Naturalnie wieje jak cholera i zacina deszczem. Jestem pełen uznania dla Fusi, która zamiast zerwać się i iść z nami jak Tola, zrobiła trzy kółka wokół własnej osi i ułożyła się grzbietem w moją stronę, po czym sapnęła i najwyraźniej zasnęła. A ja, jak ten głupek, próbuję omijać kałuże, co w tych egipskich ciemnościach jest oczywiście niemożliwe, wiec idę w przemoczonych trampkach, a dwa psy szarpią mną na boki. Tola jest wyraźnie zawiedziona jakością spacerku, ale cóż... nikt jej nie kazał pchać się do drzwi. Urwis zaś najpierw latał jak zamroczony z nosem przy ziemi, a potem przybrał pozę kangura. Wspaniale, tylko sraczki brakowało. Mam nadzieję, że to jednorazowy problem. 

    Jestem mokry i przemarznięty, więc nie bez trudu zdejmuję mokre, przyklejone do ciała ciuchy i idę pod ciepły prysznic. Zaraz położę się do łóżka i pośpię tak długo, jak tylko się da. Trzeba korzystać z przywilejów bezrobotnego stanu. 

    Gorąca kąpiel po lodowatej deszczówce tylko mnie rozbudziła, wygrzebuję więc z nierozpakowanego wciąż kartonu pierwszą lepszą książkę. Nie ma to jak lektura do poduszki. Tylko... gdzie ja mam spać? Cholerne psy. Najwyraźniej same zadbały o to, by się powycierać i wybrały moją pościel. Kołdra jest upstrzona mokro-błotnymi plamami, a kudłaty Urwis z przyjaciółką śpią w najlepsze na moich poduszkach. Nie, nie mam najmniejszego zamiaru teraz tego przebierać i suszyć. Idę na kanapę do Fusi. 

    Wieś. Tak dawno tu nie byłem... Łany zbóż, przestrzeń, świeże mleko. Jako dziecko przyjeżdżałem tu czasem z bratem do babci. Nie do wiary! To ona! A myślałem, że umarła dawno temu. Dlaczego mnie okłamali? Babciu. Babciu! Co ona robi? Przecież to dziadek zawsze przerzucał obornik. Babciu, pomogę ci! Strasznie to śmierdzi. Z każdym krokiem bardziej. Tak, wieś kojarzy się z tym zapachem. Babciu, zaczekaj! Idę, lecz nie zbliżam się, tylko ten smród... Babciu!

    Zrywam się z okrzykiem na ustach. To był tylko sen. Oczywiście. Wystraszyłem Fusię, która zeskoczyła na podłogę, lecz zaraz włazi z powrotem i z warknięciem niezadowolenia mości się z powrotem na środku, by nie było mi choć przez chwilę wygodniej. Co za złośliwy pies. Chwila. Sen snem, ale nadal coś potwornie śmierdzi. Nie, tylko nie to. W bladym świetle świtu rozglądam się po podłodze. Nic nie ma, wychodzę więc z łóżka. Winną i wyjątkowo wonną substancję znajduję w przedpokoju. Zaglądam do sypialni. Nocny terrorysta z koleżanką śpią jakby nigdy nic. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...