4. Spadek

     Z anonimowego mieszkańca mrówkowca błyskawicznie stałem się "tym, u którego umarła stara Gwizdoniowa". Po prostu rewelacyjnie. Wolałbym po cichu przeczekać, albo gdzieś się ulotnić, ale nie mogę, bo po pierwsze muszę czekać na wezwanie policji, a po drugie dostałem w spadku po nieboszczce cały inwentarz. 

    Jeszcze tego samego dnia, który okazał się być ostatnim dla poczciwej starszej pani i mojego spokoju, wróciła ta druga sąsiadka, co to niby nie wtrąca się w cudze sprawy. Tym razem nie wpuściłem za próg, więc cała rozmowa odbyła się na klatce schodowej. Trwała zaskakująco krótko, jednak nie bez powodu. 
Nim zdążyłem zaprotestować, kobieta wręczyła mi małego psiaka oraz dwie smycze, po czym pospiesznie oznajmiła, że oto Fusia się znalazła i w związku z tym, że nie ma komu zająć się zwierzętami świętej pamięci pani Rozalii, a ja przecież nie pracuję, to niech się zajmę nimi do czasu przyjazdu córki. Następnie czmychnęła szybciej, niż się pojawiła. Nie wiem kiedy owa córka ma przyjechać, czy jest w ogóle już powiadomiona i skąd właściwie pomysł, że nadaję się na opiekuna zwierząt. Na końcach smyczy były jeszcze dwa bardzo zadowolone, machające ogonami psy. A chwilę wcześniej myślałem, że gorzej już być nie może. Opanowałem chęć biegu za sąsiadką i zrezygnowany zabrałem towarzystwo do siebie. 

    Nigdy nie miałem psa, nie znam się na psach, ale na czym tu się znać? Trzeba nakarmić, wyprowadzić czasem na spacer, pogłaskać i tyle. Proste jak budowa cepa. Umarł człowiek, straciłem kontrolę nad swoim życiem, zanim ją w pełni odzyskałem. Czymże są trzy niewielkie pieski w obliczu tego wszystkiego? Dzień czy dwa, najwyżej kilka i ktoś je ode mnie odbierze. Tak, trzeba zachować się jak odpowiedzialny mężczyzna i przyjąć to na klatę. Przynajmniej mam powód, by nie latać w najbliższym czasie na te idiotyczne rozmowy kwalifikacyjne i czas, aby przemyśleć sobie ścieżkę zawodową raz jeszcze, bo czuję, że zabrałem się do tego od złej strony. Czytałem gdzieś, że zwierzęta mają terapeutyczne zdolności, skorzystam więc przy okazji z darmowej dogoterapii. Doktor Johnson byłby ze mnie dumny, wreszcie potrafię znaleźć pozytywy w pozornie fatalnej sytuacji. 

    Jestem potwornie zmęczony, bolą mnie nogi, plecy i ręce. I gardło od licznych, nieudanych prób przekrzyczenia szczekania na spacerach. Co to za potwory? Nigdy w życiu bym nie przypuścił, że spacerek z pieskami może być taką mordęgą! Dla Fuśki nie dostałem smyczy, więc biega sama, zupełnie mnie nie słuchając. Dwa pozostałe – Urwis i Tola (imiona znalazłem na adresówkach przy obrożach) – próbowały lecieć za Fusią, kompletnie mnie ignorując. W dodatku bez przerwy plątały się ze sobą smyczami, szczekały na inne psy i szarpały mną niemiłosiernie. Zachodzę w głowę, jak ta kobiecina sobie z nimi dawała radę? 

    Plus jest taki, że jakoś we czwórkę, bez strat w zwierzętach i ludziach wróciliśmy do domu, zjedliśmy kolację i chyba mam chwilę spokoju. Tola i Urwis chrapią na moim łóżku, a Fusia zwinęła się w rogu kanapy. 

    Muszę rano pójść do sklepu. Nie przypuszczałem, że psy tyle jedzą. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...