3. Chichot losu

     To nie dzieje się naprawdę. Zaraz się obudzę i odetchnę z ulgą, bo to przecież tylko idiotyczny, zupełnie nierealny, chociaż przyznaję, wyjątkowo realistyczny sen. Może poprosić tego policjanta, by mnie uszczypnął? Co za nonsens. Senna mara nie będzie mnie szczypać, bym się obudził. No tak, ale to by właśnie udowodniło, że...

– Proszę odpowiedzieć na pytanie – funkcjonariusz gapi się na mnie i czeka. Nic nie powiem, może zamieni się w tygrysa i tym samym udowodni... – Dlaczego pani Gwizdoń przebywała w tym mieszkaniu? – podniósł głos, chyba myśli, że niedosłyszę.

– On jest w szoku, panie oficerze – tej też nie znam – Dopiero co się wprowadził w zeszłym tygodniu.

– Dziękuję pani, Jasicki, zajmij się tą panią – policjant zbywa kobietę, za co jestem mu wdzięczny. Wolałbym, żeby się tu tak nie złaziły. A co z tą od Fusi?

– Aaa... co z tą panią? – wskazuję podłogę, na której jeszcze kilka chwil temu leżała staruszka. Dlaczego mam wrażenie, że wszystko, co powiem, brzmi, jakbym był tępawy? Zdaje, się, że lekarz stwierdził zgon.

– Dlaczego pani Rozalia Gwizdoń przebywała w pana mieszkaniu? 

– Kto?

– Gwizdoniowa. On pyta o Gwizdoniową – woła tamta kobieta z przedpokoju, wyciągając szyję w moją stronę. Jasicki najwyraźniej nie radzi sobie ze świadkiem. Świadkiem? Przecież to ja jestem świadkiem. Rozjaśnia mi się w głowie, jakby ktoś włączył lampę, ba, reflektor. Zbieram się w sobie.

– Ta staruszka, to znaczy pani, która tu leżała, przyszła do mnie po psa. Nie, nie. Źle się wyraziłem. Ona szukała psa, tego ze zdjęcia. 

– Tu u pana, szukała psa.

- Tak właśnie. Źle się poczuła i zaproponowałem, by usiadła, dałem jej wodę i podszedłem do okna, by je otworzyć, bo miała problem z oddychaniem, a wtedy ona zemdlała, więc zadzwoniłem po pomoc – nareszcie! Udało mi się powiedzieć coś z sensem, a w dodatku szczerą prawdę. Zamiast aprobaty, zrozumienia, bo o pochwale wzorowej postawy obywatelskiej nawet nie marzę, widzę wciąż kamienną twarz i nie słyszę żadnego komentarza. Policjant przygląda się mojej twarzy na tyle długo, że robi mi się nieswojo. Zaczynają boleć mnie policzki i uświadamiam sobie, że  szeroko się uśmiecham. No tak, jestem zadowolony ze swoich zeznań, ale chyba nie wygląda to zbyt dobrze w obliczu zaistniałej sytuacji – Przepraszam, ja jestem głęboko poruszony tym, co tu się stało, nie spodziewałem się..., chciałem pomóc, a tu...

– Zostanie pan wezwany do złożenia zeznań – policjant oddaje dokumenty, wciąż patrząc na mnie intensywnie - Do widzenia.

    Kilka minut później zostaję sam. Ja i cisza.

– Wszystko z panem w porządku? – jednak ktoś jeszcze się tu kręci – Powinni jakiegoś psychologa albo na obserwację, przecież pan taki wstrząs przeżył! Kto by pomyślał, że Rozalia taki numer wykręci obcej osobie! Zawsze była dziwna i miała szalone pomysły, ale...

– Przepraszam, kim pani jest? – kobieta, z którą rozmawiał ten drugi funkcjonariusz, wnosi z powrotem do kuchni krzesło i najwyraźniej zamierza na nim usiąść. Pospiesznie zabieram jej mebel i wciskam z drugiej strony stołu, dosuwając do blatu. Mam ochotę wywalić tę babę jak najszybciej, zanim też mi tu kiwnie, jednak coś mi mówi, że lepiej zyskać sojusznika niż wroga.

– No, sąsiadką jestem, mieszkam tuż obok pana, drzwi po lewej. Dlatego przyszłam, bo usłyszałam to całe zamieszanie. Wie, pan, ja się w cudze sprawy nie wtrącam, ale pogotowie, policja tak w biały dzień w spokojnej dzielnicy! No, takie nieszczęście! Takie niespodziewane nieszczęście! Jakby pan czego potrzebował...

– Tak, to znaczy nie, nie potrzebuję, ale bardzo dziękuję – odprowadzam ją do drzwi – Chciałbym ochłonąć, zebrać myśli, ta  sytuacja...

– No, oczywiście, już idę, ale wie pan, jakby, co to ja zawsze w domu jestem. Do widzenia, panu. 

Poszła. Piszczy mi w uszach.

1 komentarz:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...