2. Zasada nr 1: Nie rzucać się w oczy

    Wiedziałem, że z tym wykształceniem będzie jeden wielki niewypał. Co mi strzeliło do głowy, by posłuchać tego kretyna Rafała, który przecież nigdy niczego porządnie nie zrobił, a w swoim mniemaniu zna się na wszystkim najlepiej, począwszy od budowlanki przez medycynę, politykę na peruwiańskich świnkach morskich z rusztu skończywszy. Ekonomia, też mi rewelacja. Dyplomy z Kielc i ze Swansei może i wyglądają przekonująco, ale na wszystkich czterech rozmowach poległem praktycznie po trzecim pytaniu, gdzie pierwszym było coś w stylu „Jak się pan czuje?” a drugim „Dlaczego zainteresowała pana nasza oferta?”. Na takie banały jestem oczywiście perfekcyjnie przygotowany, ale moja improwizacja na polu tematów związanych stricte z pracą nikogo nie powaliła na kolana. Przede wszystkim liczy się to, by nie być „na widelcu” i zminimalizować możliwość spotkania kogoś, kto mógłby mnie rozpoznać, a nie zwracać na siebie uwagę swoją niewiedzą i kwalifikacjami tylko na papierze.

    Mam jeszcze prawo jazdy kategorii D i licencję, w dodatku uczciwie zdobyte, więc mógłbym poszukać roboty jako na przykład kierowca autobusu czy taksówkarz, ale miałbym styczność z mnóstwem przypadkowych ludzi każdego dnia, a tego wolałbym uniknąć. Na wszelki wypadek. Nie wiem, czy nie dostanę w końcu jakiejś psychozy na tym punkcie. Zaczynam powątpiewać, czy przyjazd do kraju był takim świetnym pomysłem, przecież równie dobrze mogłem powędrować gdziekolwiek indziej. Jedyne co mnie ogranicza to powierzchnia tej planety. 

Od kilku godzin siedzę jak ten głupek i przeglądam oferty. Szkoda, że nikt nie poszukuje Specjalisty ds. Pojawiania się w Niewłaściwym Miejscu i Niewłaściwym Czasie albo nie ma ogłoszenia „zatrudnię durnia”. Czy tak nie byłoby prościej?

    Dzwonek do drzwi wzbudza we mnie sprzeczne uczucia: pretekst, by choć na chwilę porzucić upierdliwe zajęcie wywołuje zadowolenie, zaś fakt, że ktoś, czegoś najwyraźniej ode mnie chce – niepokój. Może mnie namierzyli, może to policja, Urząd Skarbowy, brat? Spokojnie, oby to byli Świadkowie Jehowy lub jakaś miła sąsiadka po szklankę cukru. Ta od pieska na przykład. Z uśmiechem otwieram drzwi i spoglądam w dół. Przede mną stoi maleńka, zasuszona kobiecina w chustce na głowie. Wygląda, jakby urwała się z innej epoki.

– O! Jest pan, dzień dobry młody człowieku… – zaczyna pospiesznie, opierając się ręką o futrynę drzwi. Ledwie łapie oddech – Rozalia Gwizdoń jestem, sąsiadka. A… pan u nas nowy? Tak, tak… to pan się wprowadził w zeszłym tygodniu, pamiętam… Dobrze, dobrze. Wygląda pan na miłego młodzieńca – mierzy mnie wzrokiem, nie przestając mówić – Bo wie pan, tu przed panem to mieszkali tacy ludzie, że szkoda gadać. Taka para była, młodzi tacy, a jak się kłócili! A, a wcześniej, to studenci, jeszcze gorzej, spać po nocy nie dali, policja przyjeżdżała, a oni dalej…

– Przepraszam panią, ja trochę zajęty jestem – wtrącam szybko, gdy nabiera powietrza – Pani czegoś potrzebuje?

– Ja? – chyba wytrąciłem ją z rytmu – Tak, tak… chwileczkę… zaraz… - odrywa się od futryny i łapie jedną ręką za głowę, a drugą kładzie na klatce piersiowej. Chwieje się niepokojąco, więc niewiele myśląc, proponuję, by weszła – A nie, ja nie chcę robić kłopotu – mówi, wchodząc – Tylko muszę sobie przypomnieć, wie pan, głowa nie ta… co to ja miałam… – idzie prosto do kuchni, jakby była u siebie, i siada na taborecie przy stole – Jakbyś mi mógł, kochanieńki, odrobinkę wody… A! Już wiem! Bo mi znowu Fusia uciekła i czy pan jej gdzie nie widział, zapytać miałam.

– Fusia? – podaję kubek z wodą i siadam obok. Dopiero teraz zauważam, że staruszka ma ze sobą torebkę, zapewne tak samo wiekową, jak i ona. Grzebie  w niej zapamiętale przez chwilę, po czym wydobywa pognieciony papierek.

– Fusia, o proszę, trochę się pogniotła ta fotografia, bo wie pan, ona, znaczy Fusia, czasem się gdzieś zawieruszy i muszę pytać, każdemu pokazać, bo tu, młody człowieku, to się ciągle lokatorzy zmieniają, ciągle, nie ma roku, żeby ktoś nowy… i każdy tylko swoje sprawy… a ja latam jak głupia po piętrach, och… tak mi ciężko coś… otwórz, kochanieńki, okno, dobrze? - sapie coraz bardziej, więc zrywam się, by uchylić…

Co jest?! Nieoczekiwany hałas za plecami każe natychmiast się odwrócić. Jednym skokiem dopadam do leżącej kobiety. 

– Halo! Proszę pani! Halo! Pani zasłabła? Co się stało?! Proszę się odezwać! Słyszy mnie pani?! – potrząsam nią, nie wiedząc co robić, ale ona nic! Kompletnie nie reaguje! Może ona... Nie, to niemożliwe. Co za irracjonalna myśl. Nie, nie, nie! Zemdlała, straciła przytomność, to się zdarza. Zaraz się ocknie – Halo!!! Proszę pani!!!


1 komentarz:

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...