10. Kolejny czworonóg

     Przy okazji dokształcania się z żywienia zwierząt domowych w szczególności psów odkryłem, że być może istnieje ktoś, kto mógłby pomóc mi w opiece nad tymi czortami. Może i wiem czym karmić te bestie, ale pojęcia nie mam, jak je nakłonić, by to jadły. Z obrzydzeniem patrzą na suchą karmę i jęczą przy lodówce z głodu. Nie mogę normalnie nic przy nich zjeść, bo siedzą mi pod nosem i gapią się tymi swoimi ślepiami, jakbym nie karmił ich od tygodnia. Podejrzewam, że gdy są same w domu, wykorzystują każdą chwilę, by ćwiczyć przed lustrem te pełne żałości spojrzenia. Zadzwoniłem do weterynarza, by się poskarżyć, a ten kazał być wytrwałym, nawet jeśli nie będą nic jadły przez cały dzień. Łatwo powiedzieć. Chyba jednak skontaktuję się z tym behawiorystą, którego istnienie odkryłem. 

Ledwie umówiłem się na konsultację z panią Kasią (behawiorysta okazał się być kobietą), spokój mój zakłóciła sąsiadka. Ta sąsiadka. Ta, która wcisnęła mi psy. Tym razem, o dziwo, znów chodziło o psa. Niejaki Grzegorz Różycki spod szesnastki ma psa, a także koronawirusa, co niestety wyklucza spacerki z pupilkiem, tymczasem już w okolicy wszyscy wiedzą, że jestem ogromnym miłośnikiem czworonogów i wyśmienicie spaceruję, toteż naturalnie i oczywiste, że to ja powinienem pomóc. Próbowałem się bronić z całych sił, jednak ta kobieta ma nade mną jakąś dziwną, nadprzyrodzoną przewagę i po prostu nie jestem w stanie przebić się przez jej postanowienie, jakby było grubą, okalającą ją dźwiękoszczelną błoną. Powiedziałem, że się zastanowię tylko po to, by już sobie wreszcie poszła. 

Stoję przed drzwiami nr 16. Wizytówka informuje mnie, że w środku mieszka Grzegorz Rurzycki. Nie wiem, co bardziej mnie zaskakuje - fakt, że ktoś w  czasach obsesyjnej ochrony danych osobowych ma zwyczajnie na drzwiach wypisane nazwisko, czy dwa byki w tymże. Od razu wyobrażam sobie zasuszonego staruszka, dla którego świat zupełnie się zatrzymał. Pewnie zaraz zostanę zaproszony do środka na sypaną herbatkę szklance w metalowym uchwycie przy przykrytym serwetą stoliku. A nie, przypominam sobie, przecież ma TEGO wirusa. Naciskam zdecydowanie dzwonek i chwilę przytrzymuję. Istnieje prawdopodobieństwo, że człowiek może mieć słaby słuch. W końcu starość…

– Słucham?! – mocny, chyba lekko poirytowany głos pojawia się niemal natychmiast.

– Ja w sprawie psa.

– A tak. Przepraszam, że nie otwieram od razu. Chory jestem. Pan jest… przysłała pana Kłopocińska?

– Nie wiem – odparłem zdecydowanie, acz głupio – To znaczy, sąsiadka prosiła, żeby przyjść i wyprowadzić panu psa.

– To ona. Jasne. Przepraszam, ja bym znalazł kogoś sam, ale ona zawsze wyrywa się przed szereg, ledwie zwęszy, co się dzieje.

– Nie ma problemu, mogę wyprowadzić – dziwaczne to gadanie przez drzwi. 

– Pan ma te psy od Gwizdoniowej? – sprawdza mnie, nieufny jest. Na pewno ogląda mnie przez wizjer.

– Dokładnie tak. Trzy psy, a właściwie dwie suczki i Urwisa – tak się jeszcze nigdy nie legitymowałem.

– OK. To tak jednorazowo by było, bo jest taka akcja… znajdę kogoś, tylko teraz ledwie żyję. To pieprzone choróbsko wysysa wszelkie siły.


Pies sąsiada Dog niemiecki

Bimber okazał się psem ogromnym. Nie mam pojęcia co to za rasa, ale skurczybyk waży prawdopodobnie prawie tyle, co ja, jeśli nie więcej. Rurzycki kazał mi odsunąć się do schodów, wypuścił brytana, który w zębach trzymał własną smycz i wystawił za drzwi środek do dezynfekcji oraz pojemniczek z workami na kupy. Nogi ugięły się pode mną, ale nic, stwierdziłem, że skoro powiedziałem A…

  Teraz czekam z niecierpliwością na panią Kasię. Chcę, by moje, to znaczy chwilowo moje psy były jak Bimber. Ułożone, posłuszne, inteligentne, spokojne… Od razu zaoferowałem się, że będę wyprowadzał tego giganta choćby na wszystkie spacery przez następne tygodnie. Rurzycki nawet nie był zaskoczony i na pewno się ucieszył. Tak myślę. Dziwnie rozmawia się z człowiekiem przez zamknięte drzwi, zamieniliśmy jednak kilka zdań. Chyba czuł potrzebę usprawiedliwienia się czy po prostu wytłumaczenia sytuacji, bo opowiedział mi o tym, że żona została z dziećmi u teściowej, gdy dowiedziała się o jego nagłej chorobie, do czego musiał ją przekonać, i w ten sposób utknął sam z psem w tych czterech ścianach. Kusiło mnie cholernie by zapytać o tę wizytówkę na drzwiach, tym bardziej że jej właściciel bynajmniej nie jest, jak uprzednio sądziłem, staruszkiem. Nie zdziwiłbym się, gdyby był młodszy ode mnie. Może jest fanem PRL-u, jeździ dużym fiatem, ma w pokoju półkotapczan i boazerię na ścianach? Oj, chyba zaczynam się upodabniać do tej wścibskiej sąsiadki… 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

57. Zamiana ról

     Jeden zero dla mnie, ale co mam teraz zrobić? Dojechałem do miasta, zatrzymałem się przed zjazdem w kierunku centrum i uruchomiłem tele...